REKLAMA

AKTUALNOŚCIMiastoPowiatSportRozrywkaNaukaTurystykaNa SygnaleKącik PrasowyKulturaPrzetargi i komunikatyWybory

"W przedsionku piekła". LIST DO REDAKCJI

Kącik Prasowy

Galeria zdjęć


REKLAMA

Służbę zdrowia zawsze ceniłem i jeśli mogłem wspierałem. Ale jeśli nie byłem zmuszony z niej korzystać, to stosowałem maksymę mego przyjaciela wypowiedzianą niemal 50 lat temu: "lepiej się oprzeć o najgorszą knajpę, niż o najlepszy szpital”. Dlatego w dość długim życiu, do wiosny 2021 r., byłem w szpitalach zaledwie czterokrotnie jako pacjent. Niestety za każdym razem zmuszony zagrożeniem życia. Po ostatniej wizycie - po udarze sprzed niemal 20 lat - postanowiłem więc jeszcze bardziej postawić na profilaktykę, zdrową dietę itd. Byle tylko nie wracać na szpitalne łóżko. Gdy pojawił się Covid 19, też podjąłem wszelkie niezbędne - wydawałoby się - środki ostrożności. Niemal całkowicie ograniczyłem kontakty osobiste, w sklepie trzymałem dystans przynajmniej 4-metrowy (poza kasami, bo to jest w dużych wyszkowskich sklepach niemożliwe), nosiłem przyłbicę i maseczkę , itd. I to się przez ponad rok sprawdzało. Byłem przekonany, że w miarę spokojnie dotrwam do szczepienia, które miałem wyznaczone na 15 kwietnia br. Nieco zaniepokoiło mnie lekkie nasilenie normalnych przy moim peselu chorób współistniejących i nagłe zaatakowanie przez nową - dawniej znaną jako podagra - dziś uczenie jako dna moczanowa. Nagle najczęściej puchnie duży palec stopy, a następnie przychodzi ból gorszy niż zęba czy przy zapaleniu ucha. Metodą jest ponoć odpowiednia dieta: bez mięsa, bez rosołów, sosów i innych zup na mięsie, wędzonych ryb, bez śmietany, masła, przypraw korzennych, pieprzu i musztardy, itd. Postanowiłem więc spróbować. I dziesięć dni przed pierwszą dawką szczepionki osłabiłem swój organizm jak się tylko dało. W imię zdrowia oczywiście... Do tego brzydka, wręcz grypowa wówczas pogoda. Mimo to, po rozmowie kwalifikacyjnej, lekko pokasłując, zdecydowałem się na przyjęcie szczepionki. Przecież wybitni specjaliści mówili w telewizji, że można się szczepić nawet z lekką gorączką. 

Pierwsze trzy dni jak z ulotki. Lekki ból w miejscu szczepienia, gorączka ok. 37,4 - 38 st. C znikająca po tabletce Apapu. Wszystko pod kontrolą. Piątego dnia gorączka wzrasta, Apap nie działa, więc idę do lekarza przekonany, że to efekt podagry. Dostaję antybiotyk i wracam spokojny do domu. Wieczorem gorączka - mimo okładów lodem - nadal rośnie. Podobnie kolejny, już ósmy dzień od szczepionki. Moja żona, córki i była żona lekarka oraz syn wyganiają mnie na zrobienie testu na Covid. Próbuję się bronić, bo po pierwsze, skąd u mnie wirus, a po drugie, akurat mam imieniny i nie będę w szpitalnym korytarzu przyjmował stu telefonów, których odrzucić w tym dniu nie mogę. Z marszu robię natomiast inne badania. Chociaż tzw. CRP mówiący o zakażeniu organizmu wynosi 98 przy normie 1 - 8, odciągam sprawę, a w Covid nadal nie wierzę.

W piątek 24 kwietnia mam już mocno ograniczony wybór. Albo zamówić karetkę pogotowia, albo jechać na SOR. Właściwie żadnego wyboru nie mam. Na karetkę mogę czekać kilka godzin i może mnie zawieźć nie wiadomo gdzie. A ze szpitalem wyszkowskim mam dobre doświadczenia. Ówczesny szef SOR - Dymitr Książek - uratował życie memu dziecku, którego wcześniej - po zadławieniu - uratowano na oddziale pediatrycznym. Dr Zachara ocalił nogę mojej żonie, dr Rejman skutecznie leczył kontuzje drugiego syna. I wiele podobnych doświadczeń. Więc żona zawozi mnie na SOR wyszkowskiego szpitala.  

Początek jest nieco nerwowy. Słyszę, dlaczego tu przyjechałem, kto mi kazał tu przyjechać, po co zabrałem ze sobą walizkę, niech nie myślę, że ktoś będzie mnie tutaj trzymał. Odpowiadam, że to przecież minister zdrowia kazał się zgłaszać do lekarza rodzinnego lub na SOR. Pomogło, bo zamknięto mnie w tymczasowej izolatce razem z podobnym delikwentem, a po dyskusji nawet z koszykiem z piżamą i pastą do zębów. Przez dobrą godzinę nie pozwolono nam wychodzić nawet do łazienki po drugiej stronie korytarza. Czekaliśmy z oczami utkwionymi w sufit, co będzie dalej. W końcu atmosfera zaczęła się stabilizować i zrobiono mi test antygenowy. Po czy znów zostawiono nas samych przykazując, żebyśmy nie opuszczali pomieszczenia. Po pewnym czasie przyszła pielęgniarka w stroju covidowym, pokazując mi wskaźnik testu i oznajmiając, że wynik testu jest negatywny, bo widać tylko jedną kreskę na czerwono. I pewnie wróciłbym szybko do domu, a po paru godzinach szukał pomocy w pogotowiu, gdyby drzwi izolatki się nie otwarły, a w nich nie stanęła niezmordowana od lat dr Sabina Nowak. Leczyła mnie od lat, także pierwszą żonę. Dla drugiej - młodej wówczas lekarki - była jedną z mentorek darzonych wielkim szacunkiem. Trzeciej też ratowała życie, więc pełne zaufanie.

- Osęka, wszędzie cię pełno. Gdzie się nie ruszę, to cię widzę.

- Ja panią doktor tak samo. Co zajrzę do szpitala, to panią widzę.

- Co tutaj robisz?

- Właśnie dostałem negatywny wynik testu covidowego.

Dr Sabina podeszła do biurka, gdzie leżał wskaźnik, spojrzała i mówi:

- Jaki negatywny! Tutaj są dwie kreski.

- Ale druga cieniutka, bronię się przed wyrokiem.

- Jak ja widzę dwie, to znaczy, że są dwie. Rozbieraj się! 

Po chwili słyszę: Masz covidowe zapalenie płuc. Ja cię stąd nie wypuszczę. Tylko tego było mi trzeba... Po pewnym czasie drobna pielęgniarka w stroju covidowego kosmonauty pakuje mnie na wózek, w którym tradycyjnie nie ma powietrza w kołach i wiezie na kardiologię, przerobioną na oddział covidowy. Wjeżdżając na oddział, czuję się trochę jak na stacji kosmicznej. Pokonujemy plastikowe kotary rozstawione co ok. 2 metry. Akurat dyżur ma ordynator dr Waldemar Chełstowski, chociaż w tych kosmicznych kombinezonach trudno kogokolwiek rozpoznać. Przecież w czasie strajku poznałem większość pielęgniarek, a tutaj żadnej nie można odróżnić. Łatwiej rozpoznać kogoś po inaczej szeleszczącym kombinezonie, niż niemal szczelnie zakrytych twarzach.

Oddział jest pełen, wszystkie 27 łóżek zajęte. Chociaż drzwi były cały czas otwarte, ze względów sanitarnych nie można było wychodzić na korytarz ograniczając spacery do małej sali. Trafiam na salę trzyosobową. Na jednym łóżku czterdziestoparolatek, który ledwo się wirusowi wywinął, mając zajęte niemal całe płuca. Teraz dochodzi już do siebie i za trzy dni nas opuści. Drugi, 78-latek z Łochowa uważa, że znalazł się tu niesłusznie, bo nie ma żadnego wirusa tylko wodę w organizmie i spuchnięte, bolące nogi. Ma pecha, bo przy pełnym oddziale covidowców wszystkie siły skierowane są na walkę z wirusem. A i tak nie wszystkich udaje się uratować, bo czasami panie dyskretnie zamykają drzwi w naszych salach, bo będą wywozić zwłoki.

Ja i tak mam szczęście, bo zajętych mam tylko 40% płuc. Więc stan "zaledwie średno ciężki". Za to wysokie - po zaledwie dwudziestu godzinach od poprzedniego badania - bo 218 CRP oznaczający stan zapalny w organizmie. O dziwo, cały czas czuję się właściwie dobrze. Prawie nie kaszlę, mam smak i węch, dość szybko wraca apetyt. Po dwóch dniach zostaje opanowana gorączka. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że miałem duszności. Coś w człowieku jest takiego, że nawet przed samym sobą nie chce się przyznać do słabości jaką jest choroba .Dopiero zrobienie więcej niż kilkudziesięciu kroków w małej salce uświadamia mi, że sił naprawdę brak i nie da się zgrywać chojraka. Zaraz trzeba wracać do maski tlenowej. Nawet krótka rozmowa męczy. 

Obsługa miła, chociaż spróbujcie zrobić komuś zastrzyk mając na sobie szczelny, nieprzepuszczalny kombinezon i trzy pary rękawiczek lateksowych na rękach. W dodatku nie mieli czasu na specjalne przygotowania. Wszystko z marszu. Chociaż zarówno lekarze, pielęgniarki i salowe byli bardzo uczynni i właściwie natychmiast reagowali na zgłaszane prośby, to równocześnie nie tracili czasu na zbędne dyskusje czy niepotrzebne ruchy, z których każdy kosztował ich wiele wysiłku. Mimo izolacji, z innych sal dobiegają odgłosy wydawane przez najbardziej chorych. Czasem zdarzają się tragedie. W jednym czasie leżało tu bezdzietne małżeństwo z mojego pokolenia. Mąż zmarł, żona nie wytrzymała psychicznie i trzeba było ją zawieźć do szpitala psychiatrycznego. Podobne tragedie miały miejsce w całej Polsce. Kilka miesięcy temu w Warszawie zmarł na covid mój stary przyjaciel. Chorowała też jego żona i w efekcie przez długi czas czekał na swój pogrzeb.

Piszę o tak przykrych sprawach, bo nadal powszechne jest lekceważenie większości zaleceń epidemiologicznych. W Wyszkowie wystarczyło przejść się do Biedronki czy leżącego kilka kroków dalej Kauflandu. W szczególności w okolicy kas. Gdzieś w lutym jestem w Biedronce i zwracam uwagę dwóm ok. 20-letnim młodzieńcom, żeby założyli maski. Pytam też kasjerki, dlaczego nie zwracają klientom uwagi. Wyciągają maski, ale w ich spojrzeniu widzę, że szykują się kłopoty. Kupionego szampana trzymam więc w pozycji "mocnego uchwytu”. Intuicja mnie nie zawodzi. Pod sklepem czekają na mnie, trzymając w ręku butelki piwa. Na szczęście w opuszczonych rękach, więc mam przewagę. 

- I co cwaniaczku - zaczyna wyższy z nich do starszego w końcu faceta.

W życiu nie miałem takiej ochoty, żeby kogoś zdzielić, jak tych gówniarzy. Ale jak rozwalę takiemu łeb? To ja będę miał kłopoty. Skończyło się więc na słowach i minach jak bokserów przed walką. Dlatego jesienią nie unikniemy czwartej fali, o ile ktoś nas nie przekona do szczepień. A z tymi nie jest najlepiej. Bo później w szpitalu, ciężko nadrobić wcześniejszą niefrasobliwość. 

W naszej sali znaczna rotacja. Młodego biznesmena zastąpił 78-letni Zdzisław, który także nie wierzył, że choruje na Covid. Czerstwo wyglądający rolnik mówił więcej niż ja, co jest jednak bardzo męczące dla słuchacza. Lekarka nazwała go raz zadbanym seniorem. Tak mu się to spodobało, że ciągle chciał to powtarzać. Kłopot w tym, że ciągle zapominał tych dwóch prostych słów i prosił, żeby mu je przypomnieć. Tak z 50 razy dziennie. W salce ok. 20 m kw. Był wszystkiego ciekaw, więc dużo się dopytywał. Mnie, bo w miejsce Stefana doszedł 48-letni Piotr, który trafił na Covid w swoje urodziny. Pierwsze dni nie mógł oddychać nawet pod tlenem, ciężko kaszląc przez całe noce. Tym bardziej więc nie mógł uczestniczyć w rozmowach. Głośnych, bo Zdzisław był głuchawy i siebie nie słyszał.

Były też elementy humorystyczne. W tej atmosferze sytuacyjnych humoresek oraz stałych zastrzyków, kroplówek, tlenu, stałej i widocznej sympatii i staranności całego personelu dość szybko dochodziłem do siebie, zajęcie płuc się cofało, saturacja bez tlenu była przyzwoita, psychika i wiara w siebie oraz zespół opiekujący się mną i kolegami ogromna. Co nie przeszkadza, że po wyjściu ze szpitala w stanie tzw. dobrym, schudłem bez specjalnej diety 8 kg, a przejście więcej niż 30 metrów wymagało natychmiastowego odpoczynku. 

Jak zawsze podziwiam wyszkowskie pielęgniarki. Od lat walczą o godziwe warunki płacowe. Bez wielkiej satysfakcji mówią mi o wygranej po latach sprawie z dyrekcją szpitala i oddaniu wyroku do komornika. Młodych właściwie nie ma. Są rozgoryczone nie tylko płacami poniżej średniej krajowej, choć bez nich (ale również całego personelu poczynając od salowych) najwybitniejsi lekarze i najlepsza aparatura niewiele by pomogli. Bo - jak mówił dr Chełstowski - aparatura sama nie leczy. Są też zdegustowane częstym niedocenianiem ich pracy i wkładanego wysiłku. Dlatego pointą niech będzie wypowiedź jednej z nich, że gdyby jej córka nie mogła znaleźć żadnej pracy, to poradziłaby jej wyjechać do pracy za granicę, a nie podejmować pracy pielęgniarki. Sfrustrowane są nie tylko pielęgniarki. Także panie salowe i sprzątające skarżyły się, że nie wszyscy pracujący na oddziale covidowym mieli specjalne dodatki. Jednym z powodów był - jak zrozumiałem - fakt ich zatrudnienia nie bezpośrednio przez szpital, a przez firmy pośredniczące. Więc z jednej strony duże poświęcenie i praca wymagająca wielkich umiejętności (bo wkłuwać się w żyłę w trzech parach lateksowych rękawiczek z marszu, bez specjalnych przygotowań to naprawdę duża sztuka), a z drugiej rozgoryczenie towarzyszące im od lat.

Pamiętam, z jakim zapałem i emocjami w trakcie wyszkowskiego strajku ówcześni posłowie opozycji Henryk Kowalczyk i Arkadiusz Czartoryski apelowali o godziwe zarobki dla personelu medycznego. Kilka miesięcy później zostali bardzo ważnymi przedstawicielami nowej władzy. I co ze swoich przecież postulatów załatwili przez te 6 lat? Więc dziw bierze, że ludzie służby zdrowia pracując w tak trudnych warunkach, mają tak duże realne osiągnięcia. Bo mimo, że wiele osób na moim oddziale - także w mojej sali - było w stanie zakażenia dużo większym niż ja, to zdecydowana większość opuszczała szpital o własnych siłach. Czasem po wielotygodniowej walce.

Nie zdążyłem się dobrze nacieszyć wolnością, ani tym dobrym stanem zdrowia z wypisu szpitalnego, a już po kilku dniach CRP znowu wyskoczyło mi na 117. I znowu do szpitala. Tym razem na oddział wewnętrzny, który właśnie przestał być jednym z trzech covidowych. I kolejny czas na szpitalnym łóżku. Też dużo wrażeń, ale to już inna, niepandemiczna historia. I tylko jedna refleksja. Na Covidzie leżeli starzy i młodzi, ale na ogół pełni werwy i planów zawodowych i życiowych . Czterdziestoparoletni Piotr i Tomek, kaszląc, załatwiali przez telefon sprawy zawodowe, z których nagle wypadli. Niemal 80-letni Zdzisław też snuł przyszłościowe wizje. Na oddziale wewnętrznym dominowali ludzie schorowani od lat, pogodzeni ze swoimi chorobami i nie oczekujący zbyt wiele od życia niezależnie od wieku. Chociaż nie było wirusa, mało też było optymizmu. Pacjenci marzyli, żeby nie było im gorzej, a nie było lepiej. Leżący obok mnie pięćdziesięcioletni syn mojej koleżanki z dzieciństwa na "Klinie” marzył tylko, żeby przetrwać kolejną noc bez bólu. Więc tego się nie da dobrze oddać. I nie wiem czy należy.

Jerzy Osęka

N/z autor na kilka dni przed chorobą i w trakcie pobytu w szpitalu

REKLAMA
Admin Admin

Udostępnij:


Komentarze

Brak komentarzy...

Zostaw komentarz


POLECANE FIRMY

REKLAMA

OSTATNIE KOMENTARZE

Fontanny do likwidacji
Ich wszystko przerasta, dlatego ta mieścina wygląda jak karykatura miasta, brzydkie bloki, betonowe place, zero ładu urbanistycznego. Jedyny plus to Rybienko i świeże powietrze (w lecie, jak nie palą śmieci w piecach).
ABC
"Zamiast bazgrać po budynkach..."
"bazgrać" cóż za urzędniczy język
Bolo
Fontanny do likwidacji
teraz jest śmietnik to może już lepiej niech zrobią kwietnik, tylko koniecznie kolorowy!
Kali
REKLAMA

KALENDARZ WYDARZEŃ

23
Piątek
Lipiec 2021
Lipiec
Po Wt Śr Cz Pt So Nd
282930
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
1
imieniny:
Sławy, Sławosza, Żżelisławy

REKLAMA

pl.jooble.org