REKLAMA

AKTUALNOŚCIMiastoPowiatSportRozrywkaNaukaTurystykaNa SygnaleKącik PrasowyKulturaPrzetargi i komunikatyWybory

Musimy wymagać więcej (cz. 1)

Miasto

Obie Strony Miasta - nieformalna grupa kilkunastu społeczników z Wyszkowa. Powstała z inicjatywy dziennikarza, regionalisty Piotra Płochockiego. Od 2015 r. działa w przestrzeni wirtualnej, ale coraz częściej inicjuje i organizuje lokalne wydarzenia, angażuje się w dyskusje publiczne, wskazuje i wytycza kierunki rozwoju miasta.

REKLAMA

Gdy słyszę „Obie Strony Miasta”, moje pierwsze skojarzenie to plany zagospodarowania. Jesteście jednoznacznie kojarzeni z tematem ładu przestrzennego, ale to przecież nie jedyny obszar, który pozostaje w kręgu Waszego zainteresowania. Często w debacie publicznej podnosicie także kwestie niewykorzystania potencjału rzeki Bug oraz zaniedbania lokalnej historii…

Piotr Płochocki: - Jeśli chcemy usystematyzować tematy, które nas interesują, to wykorzystam nomenklaturę ruchów miejskich i powiem, że m.in. chcemy walczyć z chorobami, na jakie cierpią miasta. A są to:

- samochodoza – w moim odczuciu to najbardziej zakorzeniona choroba, zwłaszcza na wschodzie naszego kontynentu. Europa Zachodnia w dużej mierze poradziła sobie z nią i to 30-40 lat przed temu. W Polsce samochód nadal jest manifestem statusu materialnego. Jak się go ma, to często chce się go pokazywać i nim cieszyć. Ale samochodoza to także efekt słabo rozwiniętej sieci komunikacji publicznej. Jeździmy samochodem, bo nie mamy czym dojechać do pracy czy sklepu, a nie rozwijamy komunikacji, bo przecież każdy ma samochód, do którego się przyzwyczaił, takie błędne koło. Ocena całego tego zagadnienia jest często w naszym gronie dyskutowana. Spieramy się co do analiz w tej kwestii, ale dostrzegamy problem, z którym prędzej czy później należy się zmierzyć.

- betonoza - w szerokiej skali zaistniała po wejściu Polski do UE, gdy dostaliśmy dużo środków na rewitalizację rozmaitych terenów, ale nikt nas nie przygotował do tego działania merytorycznie. W efekcie, miarą postępu stał się łatwy w utrzymaniu beton, który w znaczącej mierze zastąpił tereny zielone;  

- reklamoza - czyli niekontrolowany rozrost różnych nośników reklamowych, często najtańszych, niskiej wytrzymałości na warunki atmosferyczne, których nikt nie kontroluje, często wiszą jeszcze długo po likwidacji miejsc, które reklamują; 

- pasteloza - malowanie na jaskrawe gryzące się kolory dużych połaci budynków wielorodzinnych zwłaszcza tzw. bloków z wielkiej płyty.

Te choroby to choroby mentalności. Ludzie funkcjonują w pewnych schematach od lat, często nie pamiętają już lub nie znają niczego innego. Przez lata utwierdzali się albo utwierdzano ich odgórnie w przekonaniu, że to jest dobre i normalne. Natomiast nasze działania w stosunku do historii lokalnej są odpowiedzią na niską świadomość urzędników. Jest w Wyszkowie szereg zabytków, o których urzędnicy nie mają pojęcia. Mamy drugi obelisk Wazów (jeden z najstarszych świeckich pomników w Polsce), a właściwie coś, co z niego zostało - dwa duże elementy obelisku z XVII wieku. Leżą obecnie w szczątkach obok fundamentów plebanii i nikt się nimi nie interesuje. Tylko patrzeć, jak ktoś je pewnego dnia wyrzuci, bo będzie myślał, że to jakieś odpady budowalne. Jest też sporo budynków przedwojennych, jak chociażby stajnia dworska z pięknym placem po starej gorzelni Skarżyńskich (dawny teren MONAR-u), stare elektrownia i rzeźnia miejskie nad Bugiem. W całej Polsce mamy wartościowe obiekty, które niszczeją, bo nie istnieją w świadomości urzędników, a programów, z których można pozyskać pieniądze na ich rewitalizację jest cała masa. Władze wolą jednak często taki budynek sprzedać, a nowy inwestor rozebrać, nim ktokolwiek się zorientuje.

Małgorzata Bajowska: - Zagospodarowanie przestrzenne to temat wielowątkowy. Pośrednio oddziałuje na wiele codziennych spraw. Stąd też i nasze zainteresowanie wieloma innymi miejskimi problemami. Jeśli zrozumiemy, że jakość przestrzeni wpływa na nasze życie i że przestrzeń to poniekąd surowiec nieodnawialny, będziemy racjonalniej nią gospodarować. Dla przykładu: nie zawsze to, co nowe ma prawo i powinno wypierać to, co zastane w przestrzeni. Nawet jeśli to nowe może wydawać się, że przyniesie więcej dochodów do kasy miasta. Gdyby na to pozwolić, utracilibyśmy bezpowrotnie historyczną tkankę miejską, która jest świadectwem naszej historii i buduje naszą tożsamość. Wyobraźmy sobie teraz polskie miasta bez starówek. W tym kontekście pisaliśmy też o obiektach historycznych Wyszkowa w zasobach miejskich. Zależy nam na tym, by władze miasta podejmowały się ochrony ważnych i cennych obiektów historycznych, zespołów urbanistycznych, nawet jeśli nie są to zabytki w rozumieniu prawnym. Przykład Rybienka Leśnego, gdzie z roku na rok tracimy bezpowrotnie budynki dawnego przedwojennego letniska pokazuje, że jest pole do konkretnego działania. Warto zastanowić się nad powołaniem muzeum, w którym można by gromadzić pamiątki o ludziach i miejscach związanych z naszym miastem. Postulat ochrony odnosimy nie tylko do obiektów kubaturowych, ale też do starych drzew. Za niedopuszczalne uważamy działania zmierzające ku znacznemu ograniczeniu udziału terenów zielonych w stosunku do utwardzeń i zabudowy, zwłaszcza blisko rzeki. 

Katarzyna Dąbrowska: - Podobnie jak z nieruchomościami jest w naszym mieście z podejściem do zieleni. Często pada argument, że „to nie wieś tylko miasto, a jak chcesz mieć zieleń, przestrzeń - wyprowadź się na wieś”. A wystarczy polecieć np. do Londynu, gdzie drzewo jest wetknięte w każdą możliwą przestrzeń, w centrum miasta jest mnóstwo mniejszych bądź większych parków i skwerów, słychać śpiew ptaków. Zieleń nie musi być wrogiem miejskości. Jest mnóstwo badań potwierdzających tezę o dobroczynnym wpływie zieleni na jakość życia, nie tylko w fizyczny sposób, poprzez poprawę jakości powietrza czy obniżanie temperatury otoczenia, ale również poprzez wpływ na psychikę i samopoczucie człowieka. Zresztą pisaliśmy już o tym wcześniej, powoływaliśmy się na badania podczas dyskusji dotyczącej planu zagospodarowania i obniżenia wskaźnika powierzchni biologicznie czynnej.

Uważam, że problemy społeczne i miejskie powinny interesować wszystkich mieszkańców: zieleń, zagospodarowanie przestrzenne, sprawy ochrony środowiska. Denerwuje mnie argument radnych, że na czymś się nie znają. Niektórzy tyle lat zasiadają w radzie, że powinni się już na tym znać. Dzięki Gosi, mnie i paru innym osobom wystarczył jeden wieczór, aby poznać wszystkie parametry związane z planowaniem przestrzennym. Ktoś powie, że zaangażowałam się w sprawie planu zagospodarowania dla ulicy Szpitalnej, bo mieszkam w sąsiedztwie. Ale to nie tak. Nie traktuję tego wyłącznie osobiście, bo za kilka lat nie będę mieszkała przy tej ulicy, ale nadal chcę mieszkać w Wyszkowie. Ruch i gigantyczne osiedle będzie wpływało na to, jak będzie się mieszkać także w innych częściach miasta.

Małgorzata Bajowska: - Tematów jak widać jest wiele, także dlatego, że nie jesteśmy grupą o spójnych poglądach. Na 100 procent spieramy się i dyskutujemy więcej niż Rada Miejska. Zdarza nam się długo omawiać artykuły przygotowane do publikacji - o tym, czy ostatecznie pojawią się w przestrzeni publicznej decyduje głosowanie. Mamy kilka tematów, które czekają na swoją kolej, bo co do ich ostatecznego kształtu nie ma na tę chwilę zgody.

Brzmi to trochę tak, jakbyście chcieli zostać "lekarzami" miasta, "lekarzami" chorej tkanki miejskiej...

Piotr Płochocki: Ujmę to tak: gdyby na sali było jeszcze dwóch czy trzech lekarzy, to byśmy się przed szereg nie pchali, ale jeśli jest jeden i to felczer, to uważamy, że nie jesteśmy w stanie bardziej zaszkodzić niż on. Jako (w większości) byli harcerze mamy poczucie służby, co tak de facto powinien mieć także urząd. Poświęcamy na to całą masę naszego prywatnego czasu, nie czerpiemy z tego korzyści materialnych, często taka działalność może nam wręcz szkodzić w życiu zawodowym. Ale od kiedy zorientowaliśmy się w sytuacji, że ludziom opowiada się pewne rzeczy, bo tak jest urzędowi wygodnie, bo nie chce posiadać wiedzy, chęci i ambicji, by zgłębić wiedzę na dany temat, to zaczęliśmy działać bardziej aktywnie.

Katarzyna Dąbrowska: - Chcielibyśmy współpracować z miastem i to na wielu płaszczyznach, np. ładu przestrzennego, zieleni miejskiej, turystyki - poprzez wytyczenie szlaków czy punktów wypoczynku. Chodzi nam o to, że jeśli już coś jest robione, to żeby nie było to tylko wydanie pieniędzy i odhaczenie zadania, lecz by było to zrobione jak najlepiej. Tymczasem wiele projektów jest realizowanych tylko dlatego, że dostaliśmy dofinansowanie i trzeba je wydać. Przykłady? Park miejski, ścieżka zdrowia przy ul. Szpitalnej, ścieżka turystyczna nad Bugiem. To pokazuje, że w naszej gminie sukcesem jest samo wydanie pozyskanych pieniędzy, a nie pozytywny, rzeczywisty efekt inwestycji.

Bartłomiej Adler: - Niestety, w Wyszkowie na każdej płaszczyźnie widać brak strategii, brak planowania na następne lata, które wyznaczyłyby priorytety wśród planowanych inwestycji. Znakomicie widać to na przykładzie naszego parku, którego największym problemem są alejki od strony komendy policji. Wydaliśmy już ponad 3 mln zł na rewitalizację parku, a alejkami dalej nie można przejechać wózkiem czy hulajnogą, wycięto za to mnóstwo drzew. To świadczy jedynie o braku wizji na temat tego, jak ten park ma wyglądać i jakie spełniać funkcje. 

Naszym zdaniem, powinno się to zmienić. Podobnie jak podejście do mieszkańców, z którymi nie ma dialogu społecznego. Weźmy np. PEC i planowaną instalację na biomasę. Nikt nie przedstawił mieszkańcom argumentów, dlaczego nie idziemy w stronę np. elektrowni wiatrowych czy farm słonecznych, tylko akurat współspalanie biomasy i węgla. Jawny powinien być raport, który poprzedził wybór biomasy, od której już cała Europa odchodzi, o węglu nie wspominając. Owszem, jest potrzeba unowocześnienia systemu w PEC, ale chciałbym poznać te analizy, które przeprowadził zarząd spółki. Tymczasem nawet radni nie wnikali w te dane. Nie chcę powiedzieć, że ta inwestycja jest na pewno zła, ale chciałbym, żeby ktoś mnie merytorycznie przekonał, że to będą dobrze wydane grube miliony. 

Podobnie jest z inwestycjami gminnymi. Gdy popatrzymy na gminę Brańszczyk, mają tam być ulokowane potężne inwestycje realizowane przez firmę Panattoni. Mówi się w ich kontekście o kilkudziesięciu milionach złotych. My za to zachwycamy się, bo powstanie u nas kolejna galeria handlowa i jeszcze wydajemy publiczne pieniądze, aby można było do niej dojechać. Gdy Lidl budował swój magazyn w Turzynie, sam zadbał o drogę i sieć kanalizacyjną, do której teraz podłączają się i będą podłączać kolejni inwestorzy i mieszkańcy. Dlaczego w Wyszkowie jest inaczej? Bardzo chciałbym wierzyć, że to jedynie brak dalekosiężnej wizji.

Brak spójnej wizji rozwoju, brak dialogu społecznego - to konkretne zarzuty pod adresem władz samorządowych. Czy to one były zaczynem aktywizacji Waszego ruchu miejskiego? 

Piotr Płochocki: - Zaczynem do powstania OSM na początku 2015 roku rzeczywiście była atmosfera po wyborach samorządowych. Kilka lat wcześniej pojawiła się w Polsce moda na interesowanie się miastem i jego funkcjonalnością, przetłumaczono m.in. książki Jacobs i Gehla i mnie to wszystko strasznie wciągnęło. Duże nadzieje na dobre zmiany w naszym mieście wiązałem więc z wyborami samorządowymi w 2014 roku. Niestety na Wyszków to było stanowczo za wcześnie, zatem wybory kompletnie nic nie zmieniły. W konsekwencji postanowiłem skupić osoby, które niezależnie od motywacji, chciały działać na rzecz poprawy życia w naszym mieście. Zależało mi wówczas przede wszystkim na kreatywnych propozycjach, które będą alternatywą wobec koncepcji urzędniczych. 

Zbiegło się to akurat w czasie z ogłoszeniem konkursu na zagospodarowanie placu miejskiego. Liczyłem na to, że będzie to okazja do dyskusji na temat wyglądu centrum miasta, że będą się ścierać jakieś jej wizje, ale niestety nic takiego nie nastąpiło. Gmina po prostu odhaczyła konkurs, ktoś wygrał, wystawę prac konkursowych zorganizowano na szybko na kilka dni przed wigilią Bożego Narodzenia. Nie było więc żadnej dyskusji, żadnych konsultacji i właściwie żadnego większego zainteresowania. Projekty, które w większości złożyli studenci, w moim rozumieniu, nie miały być projektami docelowymi, ale wyjściowymi do dalszej dyskusji, która miała zapobiec powstaniu betonozy. Wygrany projekt schowano jednak na kilka lat do szuflady i wyjęto na kolejne wybory, by zrealizować w pośpiechu i bez jakichkolwiek konsultacji. Tym sposobem betonoza stała się faktem. 

Aktywność OSM w 2015 roku trwała jakieś pół roku i nasze drogi się rozeszły, ktoś wyjechał z Wyszkowa, komuś urodziły się dzieci itd. Po tamtej inicjatywie został fanpage i kilka publikacji. Przełomowy okazał się rok 2018, bo wtedy pojawił się temat ul. Szpitalnej i zmiany planu zagospodarowania. Do naszej grupy doszły nowe osoby, które były tym zainteresowane - m.in. moja długoletnia znajoma, Małgorzata Bajowska. Pojawił się też temat zasypania rzeki gruzem pochodzącym z budowy kładki na moście, co na nowo przeciągnęło Bartka Adlera, który robił ze mną wcześniej OSM. Tematów do naszej aktywności pojawiło się bardzo dużo, postanowiliśmy więc się reaktywować.

Wasza „reaktywacja” rzuciła nowe światło na zagadnienie ładu przestrzennego w naszym mieście. Dlaczego to tak ważki temat?

Małgorzata Bajowska: - Uważam, że wartość, jaką jest ład przestrzenny, powinna być w szczególny sposób chroniona. Mam na myśli realne działania w tym zakresie, a nie jedynie deklaratywne zapewnienia. Źle i nielogicznie zaprojektowana przestrzeń miejska ujemnie wpływa na nasze życie. To, co zapisujemy w planach zagospodarowania, jest brzemienne w skutkach. Problemu źle i nielogicznie wykorzystanej przestrzeni nie da się w łatwy sposób naprawić, bo mamy do czynienia z konkretną kubaturą i rozdrobnioną własnością. Budynku ot tak nie przesuniemy o kilka metrów. Dlatego parametry określone w planach trzeba przemyśleć i przedyskutować wiele razy na wstępnym etapie. Prawo powinno być możliwie najdoskonalsze, a nie tylko względnie dobre. Gdyby takie było podejście władz, można by zaoszczędzić wiele czasu i pieniędzy podatników. Nie byłoby konieczności dokonywania tak częstych jego zmian. To nie może być życzeniowa korekta zapisów z uwagi na wnioski pojedynczych osób. 

Pamiętam mój powrót do Wyszkowa po blisko 10 latach i to dojmujące wrażenie chaosu przestrzennego. W nowym centrum, w którym z roku na rok powstaje coraz więcej budynków, nie dostrzegam architektonicznie żadnej spójnej wizji. Mam poczucie szerokiej swobody działań budowlanych; wielość i różnorodność brył budynków, gdzie obiekty w najbliższym sąsiedztwie wzajemnie nie komponują się. Dotyczy to ich wysokości, geometrii dachów, a czasem i sposobu użytkowania. Do tego dochodzi wielobarwność elewacji, ogrom reklam i banerów wielkoformatowych oraz coraz mniejsza ilość zieleni, w szczególności tej wysokiej. Jednak poznając bliżej sposób procedowania planu miejscowego m.in. dla ul. Szpitalnej i KEN, zrozumiałam, dlaczego tak się dzieje. 

Po pierwszym zetknięciu z urzędnikami zauważyłam, że w temacie planów miejscowych pewne zagadnienia przedstawia się w sposób autorytatywny: „państwo nie rozumiecie, wojewoda rozstrzygnie i sprawdzi…, tak będzie lepiej…mamy wymagane uzgodnienia”. Tym samym nie stwarza się dobrej przestrzeni do dyskutowania. Rozmowy z mieszkańcami uzmysłowiły mi, że nie mają oni do końca świadomości swoich praw. Dostrzegłam, że brakuje im pewności w formułowaniu wniosków i uwag, zważywszy na złożoność materii, która dla mnie - z racji zawodu - jest znacznie bardziej zrozumiała. To z uwagi na powyższe w naszym mieście udawało się forsować i przeprowadzać cząstkowe zmiany prawa w oparciu o oczekiwania inwestorów. Oczywiście musiały one zyskać poparcie osób decyzyjnych. Należy pamiętać bowiem o tym, że intencja zmiany planu leży w gestii jedynie burmistrza i Rady Miejskiej. 

Wracając do tematu planu dla ul. Szpitalnej, w mojej ocenie ochrona interesu społecznego w pierwszej propozycji planu została znacząco naruszona. Stąd podjęłam próbę szerokiej dyskusji na ten temat, aby stał się on lepiej rozpoznany przez mieszkańców. Efektem tego zaangażowania niewątpliwie było wielokrotne wyłożenie planu do publicznej dyskusji. Finalnie urzędnicy mówią o przyjęciu kompromisowego prawa, ja natomiast dziwię się, że w ogóle mogło dojść do wyłożenia planu w jego pierwotnym kształcie.

Katarzyna Dąbrowska: - Nie było prowadzonych analiz, konsultacji, w jaki sposób tak duże osiedle wpłynie na istniejącą infrastrukturę - sieć kanalizacyjną, komunikację, na korki na okolicznych ulicach, nie analizowano pojemności szkół, do których pójdą dzieci z tego osiedla. Na jednym ze spotkań wprost nam powiedziano, że urzędnicy z różnych działów nie konsultowali się ze sobą, a korkami będą się martwić, gdy te już się pojawią. Martwi nas brak myślenia o konsekwencjach pewnych decyzji. Nie ma patrzenia w przyszłość i globalnego myślenia o mieście. 

Piotr Płochocki: - To jest część większego problemu. W Warszawie jest relatywnie mało planów zagospodarowania i inwestorzy dużo budują na mocy decyzji o warunkach zabudowy, więc aktywiści warszawscy w planach upatrują rozwiązania problemu. Wyszków udowadnia jednak, że one mogą nie rozwiązywać problemu. Mamy duże pokrycie w planach i nawet w tej koncepcji, jak widać, też dużo można popsuć.

Małgorzata Bajowska: - Częste i cząstkowe zmiany planów naruszają cały układ wcześniej przyjęty i uzgodniony. Ktoś realizując swoje przedsięwzięcie inwestycyjne, czy to dom czy budynek usługowy, brał pod uwagę zapisy dla całego kwartału zabudowy. Pojedyncze zmiany dla wybranych obszarów (często jednej, dwóch niedużych działek) budzą podejrzenia niejasnych intencji. To prowadzi do konfliktów społecznych. Plany miały służyć właśnie temu, by do nich nie dochodziło poprzez jasne wskazywanie co, jak i gdzie można budować. Jeśli zmiany opieramy na woli poszczególnych inwestorów, to nie ma mowy o działaniu planowym, a przypadkowym i co więcej arbitralnym. Oczywiście po drodze mamy analizy, są one jednak bardzo ogólnikowe i często zupełnie nieprzekonujące, a na pewno dyskusyjne. 

Zagospodarowanie przestrzenne to z pewnością temat, który szerzej zaistniał w dyskusji publicznej w Wyszkowie dzięki Wam. Co jeszcze poczytujecie sobie za pozytywny efekt swojej działalności?

Małgorzata Bajowska: - Na pewno przyczyniliśmy się do wzrostu ogólnego zainteresowania problematyką urbanistyki i edukacją na tym polu. Byliśmy pierwszym medium, które podjęło i pisało kilkukrotnie na temat ustawy potocznie zwanej lex deweloper. Na jej podstawie Rada Miejska uchwaliła lokalne standardy urbanistyczne - to też jak mi się wydaje pokłosie naszych działań. Niestety przyjęto w nich regulacje w sposób, który mnie oburza, ale to temat na inną rozmowę. Wprowadzono, o co występowaliśmy na dyskusjach publicznych, a ja osobiście na sesji Rady Miejskiej, publikowanie informacji o przystąpieniu do sporządzania  planów nie tylko w BIP i drukowanej prasie lokalnej, ale również za pośrednictwem gminnego FB. 

Sprawy dotyczące planowania przestrzennego z uwagi na to, że kształtują prawo własności, a co za tym idzie, mogą wpływać na wartość nieruchomości, są szczególnie ważne. Nie ma wątpliwości, że to temat, który zawsze będzie wzbudzał zainteresowanie. Nie rozumiałam, dlaczego gmina w pełni nie wykorzystuje do rozpowszechniania informacji na ten temat tak dostępnego medium jak FB. Ma przecież narzędzia, by to robić i to nie angażując specjalnie środków finansowych. Niestety długo trwało zrozumienie przez urzędników naszych racji, co o tyle zadziwia, że oni często deklarują, jak ważna jest dla nich dobra komunikacja z mieszkańcami. 

Ci ludzie u władzy są bardzo długo, więc musimy od nich wymagać więcej. Burmistrz, jeśli dobrze pamiętam, sam mówił po ostatnich wyborach, że ta kadencja będzie nacechowana coraz to większymi oczekiwaniami mieszkańców, co do jakości życia -  tak właśnie jest i my to dobitnie wyrażamy. Nie ma w nas intencji działania na złość lub przeciwko komuś. 

Bartłomiej Adler: - Staramy się poruszać tematy, które w pewnym sensie są zapomniane lub pomijane w publicznej debacie, a dotyczą szerokiego grona mieszkańców. Nie boimy się przy tym stanowczo wygłaszać opinii, które jak wiemy z rozmów podzielają inni ludzie, z którymi mamy styczność. Jeśli pewnych rzeczy nie mówi się głośno, publicznie, może to być odebrane jako ciche przyzwolenie. Po reakcjach na niektóre teksty i ich popularność widzimy, że w naszych osądach nie jesteśmy osamotnieni, ale nie każdy czuje potrzebę lub ma odwagę pewne spostrzeżenia artykułować. W moim mniemaniu to bardzo ważny element demokratycznego społeczeństwa, aby takie opory przełamywać. My ich nie mamy. Krytykujemy tematy i działania, których w tym mieście otwarcie nie krytykuje nikt. A tematów, których jeszcze nie dotykaliśmy, jest dużo więcej. To chociażby temat zatrudniania urzędników na wysokich stanowiskach. O tym, kto będzie zatrudniany na poszczególnych stanowiskach, słyszy się nieraz na mieście kilka miesięcy przed konkursami. W innych wypadkach stosowane są dziwne kombinacje z zatrudnianiem i natychmiastowym awansem. Wszystko oczywiście zgodnie z prawem, ale w kompletnej sprzeczności z etyką. Nie chodzi o podważanie czyichkolwiek kompetencji, ale sam sposób doboru pracowników, który zamyka nas na być może lepszych kandydatów. 

Inna sprawa to wyprzedawanie miejskich terenów. Jak pokazał artykuł opublikowany na Tubie Wyszkowa, od kilkunastu lat mamy do czynienia z wyprzedażami działek w latach wyborczych lub poprzedzających. Mamy więc do czynienia z inwestycyjną sinusoidą, której szczyty zawsze przypadają w tych właśnie latach. Jest to oczywiście cyniczne wykorzystywanie miejskich zasobów na potrzeby utrzymania władzy. 

Druga część wywiadu --> TUTAJ

___________________________________________________________________________

Małgorzata Bajowska: architekt
Katarzyna Dąbrowska: socjolog, specjalistka od eventów i turystyki biznesowej oraz NGO
Piotr Płochocki: dziennikarz, regionalista, animator kultury 
Bartłomiej Adler: specjalista od marketingu i turystyki, miłośnik rzeki Bug 

 

 

 

REKLAMA

Elwira Czechowska

Udostępnij:


Komentarze

Rodak z USA
Co Oni jedza, że sa tacy chudzi.
Kamil
Tyle piany nt estetyki, a ja tylko przypomnę ohydny mural rzekomo przedstawiający gen. Józefa Sowińskiego, który jednak powstał z pełną aprobatą naczelnego estety naszego miasta Piotra Płochockiego. Gdzie te żywe lekcje historii, wycieczki podziwiające to wyjątkowej paskudności dzieło, o których tak Pan Piotr przekonywał?

Zostaw komentarz


POLECANE FIRMY

REKLAMA

OSTATNIE KOMENTARZE

Dyrektorzy proszą o przedłużenie kadencji
W pełni zgadzam się z belfrem i rodzicem. Kadencja minęła - trzeba zorganizować uczciwy konkurs a nie zasłaniać się rozporządzeniem ministra. Może w niektórych placówkach rzeczywiście przyszedł czas na zmiany? Zobaczymy czy nasze władze samorządowe stać na odwagę. Wiele osób już w ubiegłym roku liczyło na to i przeliczyło się.
Ewa
Dyrektorzy proszą o przedłużenie kadencji
Ja jako rodzic dziecka w wieku przedszkolnym również uważam, że nie ma przeciwskazań, aby konkursy się odbyły, skoro dzieci mogą chodzić do żłobków i przedszkoli to dlaczego nie można zrobić takich konkursów w gronie kilku osób, , szczególnie w miejscach w których czuć potrzebę zmiany. Mam dziecko w grupie w której jest wspaniały wychowawca, młoda, ambitna, cudowna osoba z głową pełną pomysłów, kreatywna, cudowna ciocia, którą pokochały dzieci i my rodzice i choć bardzo przykro mi było, że jest możliwość że nie przejdzie dalej z naszymi dziećmi to kibicowałam jej z całego serca i życzyłam wygranej bo wiedziałam, że chce kandydować na dyrektora tej placówki. Sama pandemia jest bardzo przykra i przygnębiająca, a tu jeszcze takie wiadomości:/
Rodzic
REKLAMA

KALENDARZ WYDARZEŃ

17
Sobota
Kwiecień 2021
Kwiecień
Po Wt Śr Cz Pt So Nd
293031
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
12
imieniny:
Anicety, Klary, Rudolfina

REKLAMA

pl.jooble.org PRACA