REKLAMA

REKLAMA

Ultrakolarz ze Skuszewa

Autor: Monika Grzelecka

Sport | Środa, 18 lip 2018 17:00

Skuszewianin Piotr Koński wystartował w organizowanym po raz pierwszy w Polsce ultramaratonie rowerowym. Pokonał prawie 1200 km wzdłuż Wisły – od źródeł na Baraniej Górze do ujścia w Gdańsku.

REKLAMA

Piotr Koński tak relacjonuje swój start:

"Trasa wytyczona była po nadwiślańskich drogach, szutrach, ścieżkach, skarpach i wałach. Jazda po ruchliwych drogach wojewódzkich i krajowych ograniczona jest do absolutnego minimum, tak aby zapewnić bezpieczeństwo i komfort obcowania z przyrodą i historią, których próżno szukać gdzie indziej w Europie. Po drodze rozległe starorzecza i rozlewiska pełne dzikich ptaków, wydmy i piaskowe łachy i klimatyczne miasteczka, w których czas jakby się zatrzymał. RMW1200 to nie tylko Kraków, Warszawa, Toruń i Gdańsk. Droga Zachwycila też urodą i osobliwością Janowca, Sandomierza, Zawichostu, Płocka, Dobrzynia, Chełmna, Świecia, Grudziądza i Gniewu. A pomiędzy nimi mozolny, kolarski wysiłek i pokonywanie własnych słabości bez wsparcia z zewnątrz.

Wcześniej jeździłem troszkę z dużymi sakwami, ale w ostatnich latach prężnie rozwija się bikepacking czyli podróżowanie w trudnym terenie z lekkim bagażem, co też pochłonęło mnie do reszty i musiałem zmienić rower na nowy.  Gdy tylko usłyszałem o tej imprezie, wiedziałem, że muszę w niej wystartować. Pierwotne założenia były takie, żeby przejechać dystans w limicie czasu 200 h wychodziło to 150 km na dzień. Ale że byłem bardzo dobrze przygotowany, postanowiłem powalczyć o jak najlepszy wynik, co nie było łatwe, bo już od pierwszych kilometrów miałem pod górkę. Już na 50 km trasy miałem wypadek, gdzie rozwalilem rękę i telefon, w którym mialem wygrany ślad trasy, a pierwsze większe miasto to Kraków oddalony o jakieś 180 km. Nie zostało mi nic innego jak podczepić się pod kogoś i pedałować razem z innymi, co z czasem stało się wkurzajace, bo noga naprawdę dobrze mi podawała a wyprzedzając zawodników, z którymi aktualnie jechałem musiałem i tak czekać na pierwszym napotkanym skrzyżowaniu lub dać z siebie wszystko i gonić jak kogoś zobaczyłem na horyzoncie. Do Krakowa dotarłem około 19.00 i tam straciłem 2 h, ale kupiłem sobie telefon, żeby wgrać na niego ślad GPS. Za Krakowem miałem zatrzymać się na noc, ale los chciał, że spotkałem dwójkę zawodników, którzy chcieli dobić do 300 km. Pojechałem z nimi, około pólnocy dogoniliśmy następnych zawodników, z którymi jechałem kolejne 2 dni. Około 280 km i 3 w nocy skończyliśmy pierwszy odcinek trasy, nocując na stacji napraw dla rowerów. Po niecałych 4 godzinach snu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Był to bardzo gorący dzień i zmęczenie dawało się we znaki, jeden z naszej trójki postanowił zwolnić tempo z powodu bólu kolana. Po kilkunastu kilometrach dołaczylo do nas dwóch zawodników i tak razem jechalismy aż do wieczora. Tego dnia zrobiliśmy niecałe 220 km, był bardzo ciężki teren, dużo jechało się wałami i po bezdrożach. Około godziny 22 rozdzieliliśmy się i zostałem z kolegą, z którym byłem dzień wcześniej. Tę noc spędziliśmy gdzieś w sadzie. Jak dnia pierwszego po 4 h snu ruszyliśmy dalej, byłem już tego dnia bardzo obolały i bardzo zmęczony. Ten dzień był bardzo ciężki, dopadły mnie małe kryzysy, ale poznałem też kilku fajnych kolegów na trasie, gdzie wzajemnie się motywowaliśmy do wspólnej walki. Tego dnia było bardzo dużo jazdy po płytach, które niezbyt dobrze wspominam. Wszyscy myśleliśmy, że nam ręce poodpadają, a do tego pod koniec dnia mieliśmy bardzo długie i częste podjazdy. Tę noc spędziliśmy kawałek za Warszawą, mając już pół trasy za sobą.

Kolejnego dnia po niecałych 4 godzinach jazdy, zączął wyprzedzać nas zawodnik, który był za nami. Miał bardzo dobre tempo, postanowiłem się podłączyć i wyprzedziłem razem z nim chłopaków, z którymi wcześniej jechałem. Chłopaki próbowali nas gonić, ale tempo było za szybkie i tak do końca imprezy dojechaliśmy razem z moim nowym kolegą. Ustaliliśmy z nim razem nowa taktykę, że nie zatrzymujemy się w sklepach tylko jedziemy od miasta do miasta. Były one oddalone od siebie o około 50 km, ale postanowiliśmy wolniej jechać. Taktyka okazała się dobra, bo tego dnia wyprzedziliśmy kilku zawodników, ale jechaliśmy, bo była już 3.00 w nocy i byliśmy bardzo zmęczeni bo nie spaliśmy długo. Kolejny dzień to był nasz ostatni odcinek do mety - okolo 350 km. Postanowiliśmy nie spać, a do końca jak się później okazało jechaliśmy ciągle 25 h. Był to dla mnie najgorszy i zarazem najpiękniejszy dzień. Byłem już bardzo zmęczony i obolały. Gdyby nie mój kolega , nie zająłbym tak dobrej pozycji. Obaj byliśmy bardzo zmęczeni, a jak się okazało były to najtrudniejsze odcinki na całej trasie, ale udało nam się. Po 18 godzinach jazdy obaj jechaliśmy już na autopilocie, omal nie zasypiając. Zaczęliśmy mieć przesłyszenia, ale nie chcieliśmy rezygnować tak blisko mety. Nad ranem dogoniliśmy kobietę, która była przed nami - była to Amerykanka April. Razem kręciliśmy ostatnie kilometry i razem też wjechalismy na metę. April była pierwszą kobietą, która dotarła na metę. Na mecie byłem bardzo szczęśliwy i zarazem odcięty, bredziłem jakieś głupoty, a zmęczenie tak dało się we znaki, że usnąłem przy jedzeniu. Okazało się, że zająłem 36. pozycję i już po zawodach dowiedziałem się, że około 100 na 250 zawodników z całego świata nie ukończyło trasy. Tym bardziej jestem z siebie zadowolony, że zrobiłem to w tak dobrym czasie. Ludzie pytają: co za to?  Mam co wygrałem oprócz spełnienia marzenia i sprawdzenia siebie. Dostałem całe mnóstwo skarbów i cały kosz nagród. Jak zamknę oczy widzę łąkę i las w oddali. Zielony horyzont, właściwie nie tylko zielony, ale mieniący się wszystkimi odcieniami. Z herbacianym zachodem i różowym wschodem. Nigdy nie wiedziałem, że zieleń ma tyle odcieni. Dostałem całe kilometry polnych kwiatów, które ścinałem moimi kołami. Przez ból mięśni czuję ogromną radość z pokonania KOGOŚ WIELKIEGO. Ten ogromny przeciwnik siedział we mnie przez cały ten czas i szeptał: ęnie uda ci się! Zejdź; zatrzymaj się, popłacz się i zaklnij". Czasami krzyczał mi w głowie przez korzenie i szczypał pokrzywami i komarami. Uderzał w nadgarstki i walił w tyłek. Od czasu do czasu rzucił gałąź w koła i sypnął miałkim piaskiem. Piekło, gdy batożył mnie ostrymi trzcinami po spoconych rękach. A gdy było już naprawdę źle, po każdej z nieprzespanych nocy, otrzymywałem nagrodę w postaci brzasku. Gdy wyczekiwany łagodny róż poranka rozświetlał moją drogę. Gdy mogłem zgasić lampkę i pomyśleć: oto jest dla mnie prezent w postaci nowego dnia. Kolejnego dnia, w  który mogę robić to, co bardzo lubię: gonić horyzont, by sprawdzić, co jest za nim".

Piotr Koński

 

 

REKLAMA

Tagi.


Komentarze (0).

REKLAMA

Brak komentarzy

Zostaw komentarz.

REKLAMA

Polecane firmy.

Na Głoda
Manhattan Wyszków

Pułtuska 54a 07-200 Wyszków

[email protected]

29 679 03 23, 511 671 671

www.manhattan.net.pl

Na Zdrowie
"idealDENT" STOMATOLOGIA

ul. 1 Maja 5 07-202 Wyszków

[email protected]

728-829-777

www.idealdent.pl

REKLAMA

Najnowsze komentarze.

Nadchodzące wydarzenia.

REKLAMA

Okazje.

REKLAMA